Rowerem na Grossglockner

Oto historia prawdziwa, która uczy, że zawsze warto mieć marzenia i że nawet w wieku 60 lat można je realizować. To opowieść o determinacji, zachwycie i optymizmie jaki można czerpać ze sprostania wyzwaniom. Ale przede wszystkim to ballada o prawdziwej  męskiej przyjaźni, dzięki której niemożliwe stało się możliwe.

grossglockner

Przełęcz Hochtor  (2506 m npm) leży w masywie Wysokie Taury (Alpy Austriackie). Prowadzi tędy jedna z najwyżej położonych dróg w Europie, tzw. Grossglockner-Hochalpenstrase.

Trochę o Autorze

Mam na Imię Andrzej. Mieszkam w Rudzie Śląskiej. Jak na sześćdziesięcioletniego faceta nie mam na koncie wielkich wojaży. Znam trochę Polskę, bardzo pobieżnie najbliższych sąsiadów, czasem robię sobie wycieczki rowerowe w Beskidach.  W ciągu  roku przejeżdżam kilkanaście maratonów MTB, kilka wyścigów XC, kilkanaście weekendów w roku pojeżdżę sobie po pobliskich lasach lub miejscowych hałdach.  

Nie jestem wyczynowym kolarzem,  a tylko pasjonatem tego sportu.  Nie mam czasu ani chęci na treningi.  Dla mnie taki trening to ciężka praca, a ja przecież tylko bawię się w kolarstwo. To, co się wydarzyło, było  najwspanialszą zabawą i do tej pory jedynie  nieosiągalnym marzeniem.

 

Wyprawa rowerowa na Grossglockner!

W maju 2010 r. mieliśmy spotkanie klasowe, na którym Stasiu, kolega mieszkający na co dzień w Niemczech, zapraszał mnie na wspólny wyjazd w Alpy. Zaproponował mi, żebym wjechał rowerem tam, gdzie on wejdzie.

Był to żart, ale zabrzmiało to też jak wyzwanie.  Niestety, nie mogłem wtedy pojechać z powodu braku urlopu, poza tym obawiałem się, że nie dam sobie rady.

Przeprosiłem Staszka i zapomniałem o sprawie.  Jednak Staszek ponowił to zaproszenie.  W styczniu 2011 r. na mojej poczcie internetowej pojawił się e-mail od niego. Kiedy przeczytałem ten list, zatkało mnie. Propozycja była powalająca - wyprawa na Grossglockner.  

Nie miało to być jednak wejście na szczyt, ale przejazd rowerem przez Wysokie Taury, czyli pokonanie na rowerze jednej z najpiękniejszych dróg górskich Europy, a może i świata..

Na dodatek Stasiu oferował mi pokrycie wszystkich kosztów związanych z pobytem, noclegami, wyżywieniem.  Ja musiałem zapewnić sobie samodzielnie sprzęt, ubrania rowerowe na zmianę, odżywki, części zamienne  i to, co najważniejsze -  kondycję.

Wybór roweru na wyprawę w Alpy

O rower się nie obawiałem.  Mój stary, prawie 20-letni Bianchi Shiver,  był  już  wtedy „weteranem kolarskim”, ale zawsze do tej pory mogłem na nim polegać.  Nie zawiódł mnie jeszcze nigdy,  a jego 26-calowe koła woziły mnie po wielu kolarskich trasach i zawodach.

Od trzech lat mam co prawda nowszy rower, tzw.  „startowy”.  Tę średniej klasy maszynę złożyłem samodzielnie na ramie Merida HFS, a „weteran” stał się od tej pory rowerem treningowym.  A jednak na wyjazd wybrałem Bianchi Shiver.

Moje doświadczenie rowerowe

Jeździłem  rowerem   codziennie do pracy, brałem udział w maratonach w cyklu Powerade Suzuki Mtb Maraton.  Jeździłem też u konkurencji , na  Bikemaraton Grabka. Pokonywałem dystans najdłuższy,  czyli  Giga.  Było to zazwyczaj około 80 km  w terenie, nieraz bardzo trudnym, co zajmowało mi czasem ponad 8 godzin.

 Nie napiszę, że samej „jazdy”,  bo dość często zdarzało się też podchodzenie - bo stromo i trudno, czasem z tego samego powodu także schodzenie.

 Bywało, że  nawet  jak nie było stromo i trudno, to i tak chodziłem ledwo opierając się o rower.  Ale prawie zawsze trasę kończyłem.  Prawie, bo  na razie tylko raz nie ukończyłem dystansu Giga najtrudniejszego dla mnie, jak chyba  dla większości uczestników, maratonu w Głuszycy.  Było to akurat na dwa tygodnie przed moim wyjazdem do Austrii.

Defekt przerzutki i moja słabość nie pozwoliły mi na zmieszczenie się w limicie czasu na rozjeździe Mega- Giga, z dziewięćdziesięciu km  trasy przejechałem około pięćdziesiąt. Ale wracajmy do wyprawy na Grossglockner.

Dylematy przed wyprawą

Po otrzymaniu listu zacząłem myśleć poważnie o wyjeździe. Potrzebna była przychylność mojej rodziny, głównie żony Halinki oraz możliwość wzięcia urlopu i wolnych dni, żeby móc sobie pozwolić na    pobyt  poza domem przez minimum dwa tygodnie. Do tego zdobycie pewnej ilości gotówki , koron czeskich i euro.

Musiałem koniecznie zaopatrzyć się  w zapasowe części:  dętki, opony, łańcuch, klocki hamulcowe, linki, mały bagażnik, małą sakwę, dobrą wiatrówkę.  Wiele  pomógł mi w tym właściciel sklepu rowerowego ACTIVA w Rudzie Śląskiej- Wirku.

Kiedy potwierdziłem mój udział w tej wyprawie, Staszek przysłał mi paczkę. Były tam dokładne mapy Austrii i Czech, głównie interesujących nas okolic, foldery reklamujące Grossglockner-Hochalpenstrase, czyli drogę, która jest celem naszej podróży, w tym opis i historia budowy tej drogi. Znalazło się i urządzenie GPS, z uchwytem na rower pomysłu samego Staszka. Oprócz tego: telefon komórkowy, dwa radiotelefony, akumulator i jego wstępna propozycja trasy z rozpisem na każdy dzień podróży.

Kiedy już otrzymałem tę paczkę sam zacząłem również układać przebieg trasy. Kilkakrotnie siadałem nad mapami i przy komputerze. Za każdym razem trasa miała inny przebieg, ale po kilku próbach udało mi się ułożyć kompletną trasę, chociaż i tak zdawałem sobie sprawę, że dopiero rzeczywistość ułoży ją naprawdę.

Przyjąłem jako najważniejszą zasadę, że podróżować będę jak najdłużej przez Czechy.  Granicę z Austrią planowałem przekroczyć w okolicach Czeskich Budziejowic, w Górach Szumawy.

Przygotowania do wyprawy rowerowej na Grossglockner

Moje przygotowania do tej wyprawy nie były jakieś specjalnie wyszukane.  Jeździłem rowerem do pracy, brałem udział w maratonach na dystansie Giga, kilka weekendów pojeździłem po okolicach Rudy Śląskiej, po lesie kochłowickim -Alina , Zdebel,  Starganiec.

Termin wyjazdu ustaliliśmy na przełom sierpnia i września 2011 r.  Jeszcze 20 sierpnia pojechałem na maraton do Bielawy, przejechałem dystans Giga. Bardzo dobrze ułożona trasa dała wiele satysfakcji, dwukrotny wjazd na Wielka Sowę, dwukrotny koszmarny podjazd pod schronisko Orzeł i , na koniec, „dobicie” podjazdem przez Ciemny Jar. Na regenerację zostały mi trzy dni, bo termin zastał ostatecznie ustalony na środę 24. sierpnia.

Biorę udział w maratonach, bo są to wspaniałe wycieczki po górach. Wyścigi XC, których kilka w sezonie przejechałem,  to duża dawka adrenaliny, a rywalizacja z zawodnikami klasy Zbigniewa Krzeszowca  daje  mi wiele radości.  Napisałem „rywalizacja”,  chociaż jest to po prostu udział w tym samym wyścigu kategorii sześćdziesięciolatków i kończenie zawodów daleko za mistrzem.

Na początku moich przygotowań do wyjazdu rodzinka patrzyła na mnie trochę sceptycznie, ale w miarę zbliżania się terminu wyjazdu  traktowano mnie coraz bardziej poważnie. Za rower byłem pewien, trasa była optymalnie wytyczona, tylko ja miałem obawy -  o mnie samego.

Trzeba będzie przecież przejechać około tysiąca km, codziennie wsiadać wcześnie rano na rower, przygotować sobie śniadanie, posiłek na trasę, napoje izotoniczne.  Trzeba się liczyć ze spadkiem formy, defektami roweru typu kapeć  (innych nie brałem pod uwagę, byłem pewny za swojego „towarzysza”), otarciami skóry.

Nie da się raczej zachować pełnej higieny siedząc po osiem, dziesięć godzin na siodełku, nie da się też przewidzieć pogody i wielu innych czynników, których nawet nie można wcześniej określić. Ale radość z oczekiwanej przygody mojego życia przysłaniała wszystkie te wątpliwości.

Na około dwa tygodnie przed planowanym wyjazdem, okazało się, że pojedzie z nami jeszcze jeden kolega z dawnej  szkolnej ławki, Stanik. W ostatnich dniach przed wyjazdem załatwiłem kartę mającą pomóc w razie potrzeby skorzystania z pomocy lekarskiej za granicami Polski, ubezpieczenie NW I OC na okres pobytu poza granicami Polski i na terenie UE. We wtorek 23 sierpnia przyjechał z Niemiec Staszek.

Wielkie pakowanie

Miałem już spakowane rzeczy do dużej torby. Były tam dwie zapasowe pary butów kolarskich, klucze rowerowe, dętki, dwie opony szosowe Schwalbe, dwie opony terenowe Nobby Nick, trzy puszki Isostaru w proszku, kilkanaście batonów musli, żele energetyczne, dwie pary spodenek kolarskich, długie spodnie, dwie wiatrówki, kilka sztuk bielizny sportowej, kilka par skarpetek kolarskich, czapka „na słońce”, ciepła czapka, dwie koszulki kolarskie, przybory toaletowe, ręczniki, ubranie na tzw. ”wyjście”,  jakieś cieplejsze ubranie, rzeczy przeciwdeszczowe, wszystkie mapy dotyczące trasy.

Razem utworzyło to ogromną pakę, ale  udało się nam wszystko zmieścić do osobowego Rovera. Zabrałem jeszcze dwa bochenki pysznego chleba z Goduli i dwa garnki smalcu wytopionego dzień wcześniej.  Jutro wielki dzień. Początek mojej rowerowej wyprawy do Austrii.

Dzień 1. Trasa: Ruda Ślaska – Pietraszyn – Opawa – Sternberk.  Dystans 170 km.

Nadeszła oczekiwana środa, 24 sierpień 2011 r. Zaczęło się. Wstałem o piątej.  Wyszedłem z moimi pieskami, zrobiłem sobie śniadanie, zjadłem i spakowałem drugie, na drogę. Przygotowałem dwa bidony Isostaru po półtora litra, do sakwy włożyłem mapę Czech, wiatrówkę, czapkę od słońca i paczkę z jedzeniem. A do tego dwie dętki, pompkę, aparat fotograficzny (pożyczony od córki Ani), dokumenty, zabezpieczenie rowerowe i trochę gotówki w koronach i złotówkach. Na koniec  telefon komórkowy i GPS  (z wgranymi wcześniej mapami Czech, Niemiec i Austrii).

Trudno to było wszystko zmieścić, ale udało się upchać.  Tylko każde wyciąganie mapy, telefonu , pieniędzy stało  się teraz bardzo uciążliwe. Godzina 6.35, pożegnanie z Halinką, Jackiem, pieskami, kask na głowę, ostatnie fotki przed domem. Jadę !!!

Na kołach mam założone opony 1,75 Panaracer tył i 1,4 Ritchey przód. O 7.10 spotykam na Halembie Stanika. Jedziemy przez Chudów, Knurów, Rudy. W sklepiku obok parku zamkowego kupujemy banany i brzoskwinie, na ławce przy stawie posilamy się. Stanik mówi, że jak powie kolegom z Hugona, jak krótko jechał do Rud, to nie uwierzą.

Robimy fotki i dalej w drogę. Do tej pory jechaliśmy dość bezpiecznie, ale teraz na odcinku do Raciborza spotykamy się po raz pierwszy z chamstwem polskich kierowców (nie wszyscy są tacy!) i czujemy zapach strachu.  Białe Audi prawie otarło się o nasze kierownice.  Obawiamy się,  że  to  nie ostatni a taka przygoda.

Przejeżdżamy Racibórz i zatrzymujemy się na drugi posiłek. Dwie kromki chleba ze smalcem smakują jak tort. Do tego jajko na miękko i Isostar. Do granicy czeskiej jedziemy pustą drogą.  Południe, pełne słońce, gorąco.  Żadnych prawie drzew. Niełatwo się jedzie, ale już Pietraszyn, granica, i dalej drogą 46 przez morawskie wioski.  Po pierwszych kopcach wjeżdżamy do Opawy. Trochę błądzimy, ale dojeżdżamy do centrum, tam czeka Staszek.

Wstawiamy rowery na Rovera i szukamy miejsca z obiadem. Piwo, rosołek, smażony kalafior, pieczeń z ziemniakami i sałatka. Do tego  kawa. Po obiedzie Stanik mówi,  że chyba nie pojedzie dalej. Nawet mu się nie dziwię , bo sam ledwo się ruszam po tak obfitym obiedzie. Co robić, dalej pojadę na razie sam.

 Przygotowuję sobie następne dwa bidony Isostaru , ustalamy, że nocujemy w Sternberku na campingu w Dolnim Żlebie i ruszam w trasę. Drogę z Opawy do Sternberku pamiętam jeszcze z moich wyjazdów na maratony szosowe Ołomuniec-Pradziad-Ołomuniec . Było to ponad dwadzieścia lat temu.  Kilka razy przejechałem trasę tego maratonu liczącą około 200 km.  

Zaraz za Opawą zaczęły się poważniejsze kopce. Kilka 200-300 metrowych podjazdów o nachyleniu 12 %, jeden dłuższy podjazd około 3 km. Było bardzo ciepło, więc dużo piłem. Nagle,  na jednym z podjazdów, wyprzedzają mnie moi koledzy.  Zatrzymują się i z politowaniem patrzą na mnie zlanego potem.

Na jednym ze zjazdów uzyskałem największą prędkość z całego przebiegu trasy. Na prostym, kilkukilometrowym odcinku o nachyleniu 10-12 %, przy swobodnym zjeździe, bez pedałowania, licznik pokazał 67 km/godz. Nie jest to może rewelacja, ale rower górski na kołach 26 calowych nie jest łatwo rozpędzić do większych prędkości.  

Poza tym moje doświadczenie i wiek nie pozwoliły mi na większą swawolę, więc lekko zaciskałem klamki, miałem przed sobą przecież jeszcze sporo pięknych kilometrów. Po drodze podziwiałem mnóstwo wiatraków, prawie każdy wierch był ozdobiony kilkoma wiatrakami.

Ruch samochodowy był tu trochę większy, ale było bezpiecznie. Kilku kierowców pozdrawiało mnie z uśmiechem. Do samego Sternberku prowadzi wspaniały zjazd po serpentynach, pamiętałem go, przez te kilkadziesiąt lat nie zmieniło się tu prawie nic. Przed końcem zjazdu zatrzymałem się żeby skontaktować się z kolegami. Telefon nie chciał mnie połączyć, potem dowiedziałem się, że na campingu zasięg był bardzo słaby.

Na miejscu, w Sternberku, za pomocą uprzejmego Morawiaka dotarłem do ulicy Dolni Żleb. Jadę w górę ulicy, kończą się zabudowania, zaczyna się las, las i las. Chyba nie tutaj. Zawracam, ponownie próbuję się połączyć telefonicznie i nic. Znów podjeżdżam, budynki, las, las i las, ale rzeczywiście ukazuje się brama campingu.

Wjeżdżam.  Na końcu ośrodka przy domku siedzą Staniki i od razu bura, po co mam ten telefon, skoro nie dzwonię. Jestem jednak za bardzo zmęczony i nic sobie z tego nie robię. Odpoczynek, posiłek, mycie, winko, piwko, gadka.  

Stanik zgubił swój aparat fotograficzny, w Opawie położył go na dachu samochodu i zapomniał. Jeszcze niedawno sporo zapłacił za jego naprawę i klops! Przejechałem dzisiaj 170 km, w tym ze Stanikiem około 100. Spałem jak dziecko.

Dzień 2. Trasa: Sternberk – Unicov – Mohelnice - Moravska Trebowa – Koclírov – Policka. Dystans 115 km.

Wstajemy o 8-ej, telefonuję do domu, robimy śniadanie, drugie na drogę, po dwa bidony Isostaru.  Ustalamy mniej więcej trasę, planujemy dojechać tam gdzie damy radę. Już wiemy, że będzie dzisiaj upał. Wyjeżdżamy ze Sternberku w stronę wzgórz widocznych w oddali.

Droga wiedzie po płaskich, odkrytych polach. Jedziemy średnio ok. 32 km/godz. Po około trzydziestu km zatrzymujemy się na posiłek, kiedy wsiadam na rower, coś dziwnie mi się jedzie.  Nie zauważyłem kapcia w przednim kole.  Wracamy na ławkę.  Pierwsza wymiana dętki.

Okazało się później, że był to jedyny mój defekt na całej 1000 km trasie. Niewielki ruch na drodze 444, mijamy Unicov, Mohelnice, Moravska Trebova. Teraz jedziemy przez piękne lasy pokrywające morawskie wzgórza. Droga wije się serpentynami, raz do góry jeden, dwa kilometry, za chwilę w dół i znowu pod górkę.

Przez telefon rozmawiamy ze Stasiem, ostrzega, żebyśmy  się nie przestraszyli tunelu. Ale my nie możemy pojechać drogą prowadzącą przez tunel,  bo   to prawie autostrada.  Szukamy alternatywy.

Ciągłe wyjmowanie mapy staje się uciążliwe.  Trochę się zagapiamy i gubimy właściwą drogę. Zamiast wrócić do miejsca błędu jedziemy leśną drogą wg znaków turystycznych. Moje koła dają sobie radę, ale 28 calowe, cienkie oponki Stanika, nie mają szans na podjazdach. Telefon do przyjaciela, który się już niecierpliwi, nie pomaga nam.  GPS nie ma kontaktu z satelitą. 

Zdajemy się na znaki, które mają nas zaprowadzić do miejscowości Koclirov (Koclířov), gdzie czeka na nas Stasiu. Leśna droga długo trzyma nas w niepewności. Spotkani turyści zapewniają nas, że jedziemy właściwą drogą, W końcu docieramy do Staszka.

Koclirov to w zasadzie morawska wieś, tyle ze  z restauracją.  I z bardzo miłą kelnerką.  We wsi ośrodek religijny Fatima, który już zdążył Staszek odwiedzić i ofotkować. Najpierw piwo. Potem zjadamy ze Stanikiem po trzy miski rosołu podanego w dużej wazie. Została całkiem pusta, tak brakowało nam soli wypoconej po drodze.  Na koniec knedliki  z mięsem wołowym i uśmiechy kelnerki.

Stanik ładuje swój rower na Rover, żegnamy się z kelnerką, jadę dalej sam. Kiedy odjeżdżam od samochodu wydaje mi się,  że widzę na wzgórzu dwa jelenie.  Dziwne to, bo w środku wsi.  Potem okazało się, że była to hodowla danieli, było ich tam kilkadziesiąt.  Już bez przygód dojeżdżam do miasta Policka, gdzie na stadionie czekają na mnie koledzy.

Tradycyjne już piwko, posiłek, herbata, jakieś winko i  spanko. Domek campingowy jest tak mały, że praktycznie  mieszczą się tam tylko dwa piętrowe łóżka. Rowery chowamy więc w budynku z… sanitariatami i łazienką.  Będzie ich pilnować  piękne psisko.  Dzisiejszy dystans to około 115 km.

Do  campingu obok wprowadza się chłopak z bardzo ładną dziewczyną.  Świetnie się prezentuje w kolarskich spodenkach i koszulce.  Dostrzega nasze spojrzenia i śmieje się do nas. Podziwiamy jej urodę i nostalgicznie przypominamy sobie swoją młodość. Popijamy winko, rozmarzamy się i dosyć późno, ale  w dobrych nastrojach, kładziemy się spać.

Dzień 3. Trasa: Policka – Jimramow - Zdar - Nowy Jimramov - Paseky  Liśna - Kadov - Frysova -  Zakova Hora – Sklenie - Nove Vesely – Bohdalov – Jamne – Jihlava - Dolni Cerekiev – Batelov. Dystans 105 km.

Rano wstaliśmy nieco później niż zamierzaliśmy.  Telefon do domu, przygotowanie śniadania,  napojów i posiłek  powodują, że wyjeżdżamy po 10-tej. Malowniczymi, wąskimi, nieco zniszczonymi drogami kierujemy się w stronę miasta Zdar nad Sazavou.

Na jednym ze zjazdów zagapiamy się i robimy błąd, bo mijamy miejsce,  gdzie mieliśmy skręcić w prawo.  To dlatego, że zbyt przyjemnie się zjeżdżało. Tak  lądujemy w miejscowości  Jimramow. Wydobywanie mapy, kombinowanie czy nie lepiej zawrócić, ale miejscowi po obejrzeniu mapy  pokazali nam drogę w kierunku Zdaru. Piękną, widokową drogą, przez lasy i wspaniałe polany, przez Nowy Jimramov, Paseky  Liśna, na przełęcz do Kuklika.

Łagodny podjazd, ale upał daje nam popalić. Na przełęczy stojak z mapą pobliskich terenów. Trzeba się trochę wysilić, żeby zorientować mapę z terenem, ale jest to bardzo dobry pomysł miejscowych. Spotykamy się z takimi mapami częściej po trasie i są one bardzo pomocne, gdyż są o wiele dokładniejsze niż posiadane przez nas mapy. Mijamy miejscowości Kadov, Frysova, Zakova Hora, Sklenie, po drodze około trzy kilometrowy podjazd na wysokość ponad 800 m npm.

Stamtąd  wspaniały, szybki zjazd i wjeżdżamy do Zdaru. Duży ruch samochodowy w mieście, czujemy się zmęczeni i na skwerku robimy dłuższy odpoczynek. Banany, Isostar, baton i po prawie godzinie ruszamy dalej. Jedziemy teraz w odkrytym terenie, prawie ciągle pod górę, niezbyt stromo, ale w upale.

Kończy się nam picie i musimy kupić gdzieś wodę, ale wszystkie wiejskie sklepiki pozamykane podczas przerwy obiadowej. Jest to trochę uciążliwe i trzeba o tym pamiętać planując podróżowanie po Czechach i Morawach. 

Mijamy Nove Vesely, Bohdalov. Na szczęście w jednym ze sklepików jeszcze jest kobieta, akurat zamyka, ale widząc nasze wyschnięte języki lituje się i sprzedaje nam po piwie i dwie 1,5 litrowe butelki wody mineralnej. Butelki po piwie mamy wrzucić za kratę wejścia. Siedzimy i delektujemy się wspaniałym złocistym płynem.

Woda do bidonów, do tego saszetka Isofitu, które zabrałem na drogę i ruszamy. Trochę wcześniej mijał nas Rover Staszka, który teraz czeka na nas na szczycie podjazdu. Robi nam fotki i pyta, co tak długo. Mówimy mu, że mieliśmy przerwę na piwo. Razem ruszamy dalej.

Następny podjazd pod miejscowość Jamne. Na szczycie jest ładny zajazd i przychodzi mi na myśl, że mógł się tu Staszek zatrzymać. Mijamy go i zjeżdżamy. Kilometr dalej stoi Rover i Stasiu mówi, że widział ładny zajazd i każe nam ładować rowery na dach. Pytam się go, czy mówi o dopiero co mijanym zajeździe.  Potwierdza, więc mówię, że my wrócimy ten kawałek rowerami.

Stasiu nie może zrozumieć, że chce nam się wracać rowerami , ale go przekonujemy i jedziemy za nim z powrotem.  Jest i sam zajazd. Ładny placyk z bufetem piwnym, stary, konny wóz strażacki,  sympatycznie wykończony budynek, do tego sadzawka ze złotymi rybkami i zimne piwo.  Żyć nie umierać.

 Zabieramy swoje kufle i wchodzimy do wnętrza. Na ścianach rogate głowy jeleni, skóry i głowy dzików.  Wnętrze wystylizowane na czasy dawno przeszłe, ale jest ciekawie. Jesteśmy głodni. Zamawiamy zupę czosneczkową z syrem i „smażeny kvietak a brambory”. Do tego jeszcze medalion wołowy z knedlikami.

Przy zamówieniu kelnerka dziwnie się uśmiecha.  Przynosi nam najpierw nasze wodzionki, ale kiedy przynosi całe zamówione jedzenie, otwierają się nam oczy ze zdumienia. Stół, który normalnie przewidziany jest na sześć osób, dla nas trzech został zastawiony cały.

Zastanawiamy się jak sobie z tym poradzimy, ja zaczynam pierwszy.  Dania są wyjątkowo smaczne,  a organizm pobudzony jest ruchem na świeżym powietrzu.  W każdym razie   z moją częścią poradziłem sobie  całkiem nieźle, natomiast koledzy pozostawiali trochę swojego jedzenia.

Kiedy jednak wsiadałem na rower,  z trudem przełożyłem nogę nad ramą. Na szczęście na początku mamy ładny kawałek z górki.  Stasiu odjeżdża, a ja ze Stanikiem wjeżdżamy do miasta  Jihlawa.  Duże miasto i duży ruch.

Niełatwo się poruszać rowerami po ruchliwych skrzyżowaniach, ale przejeżdżamy jakoś to miasto i, nadal w dużym ruchu, jedziemy dalej, co jakiś czas kontrolując drogę z mapą. Staramy się poruszać według numerów dróg, ale nie zawsze są widoczne tablice, a często w ogóle ich nie ma.

Było to piątkowe  popołudnie, przed weekendem, dlatego pewnie tyle samochodów i autobusów na drodze. Dopiero kiedy zjechaliśmy na boczną drogę, wiodącą do miejscowości Dolni Cerekiev, można było swobodnie jechać. Telefon do przyjaciela jadącego Roverem i dowiadujemy się, że mamy po raz pierwszy nocleg pod namiotem, w miejscowości Batelov.

Stasiu dzielnie   sam uporał się już z rozstawieniem namiotu i ułożeniem posłań. To tutejsze gospodarstwo agroturystyczne. Na jutrzejsze śniadanie Stasiu kupił u gospodarza, zamieszkującego ładny dworek, dziesięć dorodnych jajek i cebulę.  

W zabudowaniach gospodarczych dworku zamontowane były sanitariaty, prysznice, kuchnia. Obok było małe muzeum starych urządzeń i przedmiotów używanych dawniej na wsi. Były tam drewniane kołowrotki, prasy , chyba do wina lub oleju, krzesła i wiele innych sprzętów,  których przeznaczenia nie sposób było odgadnąć.

Rowery zostawiliśmy oparte o trzepak, gospodarz zapewniał nas, że nic tutaj nie może się im stać. Zresztą  całego obejścia  pilnował duży, piękny owczarek. Przygotowujemy kolację, winko, siedzimy trochę w nocy przed namiotem.  Pokazuję kolegom na niebie Drogę Mleczną, Plejady, Gwiazdę Północną.  Tak rozgwieżdżonego nieba nie widziałem już dawno. Przejechaliśmy dzisiaj około 105 km.

Dzień 4. Trasa: Batelov - Horni Dubenky - Panske Dubenky – Studena – Strmilov – Kunzak- Kaproun - Nova Bystrice – Chlum . Dystans 83 km 

Wstajemy rano dosyć późno.  Zauważamy już, że coraz później wyjeżdżamy na trasę.  Tym razem po śniadaniu i przygotowaniu się do drogi, zrobiła się prawie jedenasta. Dzisiaj niebo nie jest już takie czyste.  Gospodarz informuje nas  o ostrzeżeniu przed nawałnicami, po południu ma padać. Kiedy mówimy mu, że dzisiaj planujemy dojechać do miejscowości  Chlum u Trebone, kiwa głową i mówi, że mamy po drodze kopce.

Droga prowadzi najpierw lasem, przez łagodne wzgórza. Prawie wcale nie ma samochodów, tylko w lesie widać chodzących turystów z plecakami. Jedziemy przez Horni Dubenky , Panske Dubenky i znowu popełniamy błąd. Rano projektowaliśmy trasę tak, żeby ominąć miasteczko Studena, gdyż trasa prowadziłaby po drodze międzynarodowej i spodziewaliśmy się tam dużego ruchu.   Popełniając błąd wpakowaliśmy się jednak na tę drogę.

Droga pomiędzy miejscowościami Studena i Strmilov  jest bardzo ruchliwa i stosunkowo wąska. W jednym miejscu przejeżdżający bardzo szybko i blisko tir zdmuchuje mnie dosłownie na pobocze.  Stanik jadący za mną widział, że ciężarówka wcale nie zmieniła toru jazdy, prawdopodobnie dlatego,  że w momencie wyprzedzania mnie z przeciwka również jechał samochód.

W Studenej widzieliśmy kilka samochodów z rowerami na dachu, odniosłem wrażenie, że są po jakimś wyścigu MTB. Dojeżdżamy do Strmilova i zjadamy banany oraz po kromce chleba ze smalcem, popijamy to Isostarem i ruszamy dalej.

Wyjeżdżając ze Strmilova i przecinając drogę, którą wcześniej jechaliśmy, zauważamy znak zakazu jazdy rowerem po tej właśnie drodze. Zauważamy też, że kolejne podjazdy i zjazdy są częścią praktycznie stałego podjazdu. Stopniowo wjeżdżamy coraz wyżej nad poziom morza.

Był to wjazd na płaskowyż porośnięty pięknymi lasami. Mijamy miejscowość Kunzak, Kaproun.  Śmiejemy się, że to już Alpy. Teraz z kolei zaczynają się zjazdy, które są tym razem dłuższe od podjazdów.  Zjeżdżamy z wyżyny. W miasteczku Nova Bystrice czeka na nas Staszek. Bardzo ładne miasteczko, przy samej granicy z Austrią.

W restauracji piwo i znowu zupa czosneczkowa, ale już nie taka pyszna jak wczoraj, knedliki z sosem i hovezim miasem, czyli wołowym mięsem, tradycyjnie kawa i ruszamy dalej. Zaplanowaliśmy dalszą drogę tak,  aby do miejscowości Chlum  dotrzeć  poprzez  Austrię, czyli przekraczając dwa razy granicę. W tym miejscu bowiem Austria wrzyna się w Czechy swoistym  „półwyspem”.

 Jedziemy najpierw do miejscowości  Smrtina i, niestety,  znowu robimy błąd. Słabe oznakowanie skrzyżowań powoduje,  że mijamy miejsce gdzie w Smrtinie powinniśmy byli skręcić ku granicy i w ten sposób, zamiast skrótu, okrążamy cały austriacki „cypel”. Jedziemy po wzgórzach przez lasy, mijamy Sedlo, Lasenice.

Zaczyna padać. Kiedy dojeżdżamy do miasteczka Chlum już leje. Po drodze spotykamy dwie rodzinki na rowerach. Małe dzieci jadą na takich jednokołowych przyczepkach, „na sztywno” przymocowanych do roweru rodzica. Jedna z przyczepek jest bardzo krzywo przymocowana do roweru i chłopakowi na niej jedzie się bardzo niewygodnie.

W Chlumie próbujemy się połączyć ze Stasiem, ale nic z tego. Prawie godzinę stoimy pod daszkiem garażu przy domku czekając,  aż deszcz trochę ustaje. Pytamy się wychodzącej z domu kobiety o camping przy zalewie Hejtman. Mówi, że to blisko i pokazuje kierunek. Jedziemy. Przy zalewie, obok jakichś śluz, zauważamy Rovera.

Stasiek próbował nas szukać po całej miejscowości, przyjechał drogą, którą mieliśmy jechać, nie spotkał nas i niepokoił się. Na dodatek nie mógł się z nami skontaktować, bo wyczerpało się konto w jego komórce. Zakwaterowujemy się w domku campingowym nad samym brzegiem zalewu.

Pod wieczór przestaje padać, na siatce do gry w siatkówkę rozwieszamy mokre rzeczy, jest jeszcze trochę słońca, wcześniej rzeczy wisiały na sznurze w domku. Przygotowujemy sobie kolację, winko, rozwijamy mapy, układamy trasę na poniedziałek i idziemy spać. Dzisiaj przejechaliśmy tylko 83 km.

Dzień 5. Chlum – jednodniowy postój i rekonesans trasy

Rano budzi nas czerwone Słońce nad zalewem, bajkowo i tajemniczo układają się mgły na wodą. Jest niedziela, robimy sobie wolne, idziemy pieszo wzdłuż zalewu, potem przez piękny czysty las, aż do granicy. Idziemy dalej w głąb Austrii, ciągle lasem.

Stanik próbuje szukać w lesie grzybów, ale od razu jakiś Austriak, koszący trawę przy budynku woła do nas, że to jest teren prywatny i nie wolno nam tam wchodzić. Zawracamy, szukamy miejsca gdzie można by zjeść obiad, ale dopiero przy samym campingu decydujemy się na wejście do restauracji.

Oczywiście piwo, znowu zupa czosneczkowa, surówka, frytki i schabowy. Po obiedzie wsiadamy do samochodu i jedziemy tak, jak jutro będzie przebiegała nasza droga. Hamr, Cep, piękne łagodne podjazdy w lesie, mijamy Borovany, Trchowe Sviny i jedziemy do miasta Nove Hrady.

Tu, na wysokim wzgórzu, widzimy stary rynek z zabytkowym kościołem i klasztorem. Wracamy do Chlumu i idziemy na kolację do pizzerii i na pyszne czerwone wino. Drugi nocleg w tym samym campingu pozwala się lepiej wyspać, więc tym razem wstajemy nieco wcześniej.

Dzień 6. Trasa: Chlum - Trhove Sviny - Besednice – Cesky Krumlov – Rozmberk – Frymburk. Dystans 114 km

Po śniadaniu i przygotowaniu picia i jedzenia na drogę, już przed 10-tą wyjeżdżamy na trasę. Tak jak wczoraj, do Trhovych Svin i dalej drogą 157 do Besednice.  Jedziemy po bardzo widokowych drogach, łagodne podjazdy, potem piękne serpentyny sprowadzające  nas w doliny.

 Dookoła malownicze zielone morawskie wzgórza, jasne polany i doskonale  gładki asfalt.  Jeszcze tylko o zimnym piwku może zamarzyć kolarz.

Ciągle drogą 157 dojeżdżamy do miasta Cesky Krumlov. Jest to duże miasto, z pięknym zabytkowym zespołem architektonicznym.  Wielki zamek na skale, pod urwiskiem zakola Wełtawy, opasują duży zespół budynków starego miasta. Zwiedzamy pobieżnie zamek.  

Bardzo strome są przejścia między kolejnymi placami zamkowymi.  Jedno przejście jest nawet wykonane z desek ułożonych bardzo stromo.  Zdejmuję buty, skarpetki i na bosaka spaceruję po zamkowych placach. Jest bardzo dużo turystów.  Są i z daleka , Japończycy, Hindusi, w budynku starego klasztornego browaru zamawiamy po raz ostatni zupę czosneczkową, knedliki i piwo.

Jutro opuścimy piękne Morawy i wjedziemy do Austrii. Jedziemy ze Stanikiem drogą wijąca się wzdłuż koryta rzeki. Jadę za Stanikiem, który ciągnie dzisiaj mocno, prędkość nie spada poniżej 30 km/h, a jedziemy w górę rzeki. Dojeżdżamy do miasteczka Rozmberk.

Stanik ładuje rower na Rovera, zmęczył się, a ja pojadę drogą 162 przez wzgórza o wysokości do 900m npm do miejscowości Frymburk. Na początek bardzo stromy, chyba do 14%, podjazd. Po drodze jeszcze kilka krótkich, kilkusetmetrowych podjazdów 12%.

Droga prowadzi przez piękne, widokowe polany, wilgotne zalesione wzgórza. Na koniec długi, szybki zjazd do doliny Wełtawy, która w tym miejscu tworzy kilkudziesięciokilometrowej długości zalew.

Na brzegu zalewu rozłożyło się miasto, kurort - Frymburk. Udaje nam się zakwaterować w ostatnim wolnym domku campingowym. Kolacja, piwko, winko, gadki i spanko. Jutro będzie trudno, Stanik od razu postanawia jechać samochodem. Dystans przejechany dzisiaj to 114 km.

Dzień 7. Trasa: Frymburk – Paseczna – Hinternberg - Haslach an der Muchl - Rohrbach In Oberosterreich - Obermuchl an der Donau – przeprawa promowa przez Dunaj - trasa rowerowa Donauradweg – Engelhartszell - St. Aegidi - Kopfing im Innkreis. Dystans 85 km 

Po rutynowych już porannych ceremoniach ruszam samotnie w drogę. Najpierw promem przez zalew, są jeszcze ostatnie dni wakacji i na promie jest duża grupa młodych Czechów. Po przeprawie od razu ruszam w kierunku granicy z Austrią. Pierwszy, długi kilkukilometrowy podjazd daje znać , że zaczynają się prawdziwe góry.

Wjeżdżam na ponad 900m npm, czuję się jak bym był w naszych śląskich Beskidach. Zjazd do Pasecznej. Napotkany leśnik upewnia mnie, że dojeżdżam do granicy Austrii. Budynek byłego przejścia granicznego, kawałek szutrowej drogi i wąska asfaltowa droga między ukwieconymi domkami. Niby jest to normalna droga , ale nieracjonalnie odczuwam, że to jest jakiś inny świat, o byciu w którym zawsze marzyłem, do którego każdy człowiek kochający wolność zawsze tęsknił.

Nazwy miejscowości mają inne brzmienie, twarde, kilkuczłonowe. Najpierw Hinternberg, Haslach an der Muchl, Rohrbach In Oberosterreich. Czuję, że stale zjeżdżam, mimo małych podjazdów ciągle tracę wysokość.  Z  wysokości około 900 m zjeżdżam do doliny Dunaju.

Zatykanie uszu oznacza, że bardzo szybko tracę wysokość. Zjazdów jest kilkanaście km, kilka wspaniałych serpentyn i długa, jakby stokowa, droga sprowadza mnie do miejscowości Obermuchl an der Donau. Tu kończy się droga, trzeba przeprawić się promem na drugi brzeg Dunaju.

Prom jest akurat po naszej stronie i przewoźnik zaprasza mnie na pokład. Próbuję mu wytłumaczyć, że „cwaj kameraden und auto fynf minuten”.  Widzę, że mnie rozumie i czekamy. Po chwili nadjeżdża Rover i lokujemy się na promie, a po kilkunastu minutach jesteśmy już na drugim brzegu.

Dunaj w tym miejscu tworzy malownicze zakola między wzgórzami i dla turystów przygotowano po obu stronach rzeki trasy rowerowe.  Bardzo wielu ich widać podróżujących po tej właśnie stronie , prowadzi tędy trasa rowerowa Donauradweg. Wjeżdżamy samochodem na pobliski trawnik i zakładamy biwak.

Po raz pierwszy przygotowujemy sobie sami obiad. Obieramy kupione wcześniej ziemniaki, gotujemy je na maszynce gazowej Staszka, podgrzewamy dwa słoiki gulaszu, które zabrał z domu Stanik i za chwilę pałaszujemy smaczne danie. Obserwujemy przewoźnika, który wracając z przeciwnego brzegu, szybko przebiera się i zaczyna kosić trawę.

Robi tak za każdym powrotem z przeprawy, ale omija nasz biwak bez słowa. Staramy się jak najszybciej zakończyć nasz postój i ruszamy w drogę. Po tej stronie rzeki także kończy się droga, a może raczej  zaczyna. Rover musi jechać najpierw w dół rzeki.  Ja wjeżdżam od razu na trasę rowerową i jadę w górę rzeki.

Szlak prowadzi wąską asfaltową drogą nad samą rzeką, parę metrów od wody, oddzielonej barierką od kilkumetrowego urwiska. Z drugiej strony strome zbocze porośnięte lasem, miejscami jest to urwista skalna ściana kilkudziesięciometrowej wysokości.

Wyprzedzam wielu turystów z sakwami , przyczepkami.  Jadą całe rodziny, z kilku i kilkunastoletnimi dziećmi. Zdecydowana większość kolarzy jedzie naprzeciw mnie , jadą w dół rzeki.  Po drodze nikt mnie nie wyprzedził.  Albo tak mało turystów jechało w górę rzeki , albo ja jechałem na tyle szybko, że kolarze jadący w tym samym kierunku, obciążeni bagażami, jechali o wiele wolniej.

Obydwa brzegi Dunaju są tu bardzo wysokie, widzę po drugiej stronie urwiste zbocza, wysokie na około trzysta , czterysta metrów. Na ich krawędziach widzę warownie, a na odcinku dwudziestu, trzydziestu kilometrów dostrzegłem chyba ze trzy zamki.  Być może jednak któryś z nich widziałem też z innej strony i wydawało mi się tylko, że to  inna budowla.  Przyczyną tego mogły być zakola rzeki, która zmieniała kierunek o 180 stopni.

Krajobraz tworzył piękne widokówki .  Malownicze, zielone brzegi, błękit wody, pełne słońce, czerwone dachy domów i wieże kościołów. Szlak rowerowy Donauradweg nie zawsze prowadzi bezpieczną trasą wzdłuż rzeki, miejscami trzeba podjechać bardzo stromo do szosy i kilka kilometrów jechać razem z samochodami i autobusami, jednak znaki uprzedzają kierowców, że na jakimś odcinku prowadzi tędy szlak rowerowy.  

W większości jest asfaltowe pobocze ze znakiem turysty pieszego i rowerzysty. Docieram do miejscowości Engelhartszell ,  gdzie żegnam się z Dunajem i zaczynam się wspinać na wysoki brzeg rzeki.  Zaczyna się długi podjazd, na odcinku czterech kilometrów pokonuję około trzysta metrów wysokości.

Nie jest bardzo stromo i droga prowadzi lasem, ale wypijam sporo Isostaru i wylewam sporo potu. Na szczycie podjazdu mijam miejscowość St. Aegidi, gdzie z widokowego tarasu podziwiam przez chwilę dolinę rzeki i jej malownicze brzegi. Jadę dalej przez pofałdowany teren, droga wije się jak wstęga gimnastyczki między polami, zagajnikami, kolorowymi osadami.

Spotykam się z wielką życzliwością mijających mnie kierowców , wyprzedzają mnie bardzo ostrożnie , zawsze ostrzegając mnie przed manewrem, a czasem nawet czekają na mój znak i dopiero wtedy przejeżdżają ostrożnie obok. Dojeżdżam do miejscowości Kopfing im Innkreis, czekają tam na mnie Staniki.

Znaleźli już nocleg w małym ładnym hoteliku. Na parterze jest restauracja ze ścianami ozdobionymi głowami i skórami dzików, porożami jeleni i wielkimi ptakami. Zamawiamy stek z frytkami i piwo. Zauważamy bardzo ładną córkę gospodyni o postawie sportsmenki, zastanawiamy się jaki sport uprawia dziewczyna, ja myślę, że to może być gimnastyka , tenis lub narciarstwo biegowe.

Podczas posiłku widzimy, jak dwie kolorowe kaczki spacerują sobie po drodze, nic sobie nie robiąc z samochodów, których i tak bardzo niewiele porusza się po ulicach spokojnego miasteczka. Śpimy w wygodnych łóżkach, a mój Bianchi całą noc odpoczywa na dachu Rovera. Dzisiaj przejechałem 85 km.

Dzień 8. Trasa: Kopfing im Innkreis - Andorf- Eggerding – Antiesenhofen -Obernberg am Inn – trasa rowerowa Tauernradweg - Muhlhaim am Inn – Braunau – Ranshofen - Lindach - Mitterndorf  przez las  Weilhartforst – Franking. Dystans 111 km

Nazajutrz wstajemy dość wcześnie, śniadanie mamy przygotowane w jadalni  restauracji na parterze hotelu. Jest kilka rodzajów pieczywa, jest świeżutkie, w tym  przepyszne bułki z ziarnami, których zjadam aż cztery. Do tego  słodka biała kawa i sok pomarańczowy. Przygotowujemy napoje izotoniczne na drogę.

Dzisiaj Stanik jedzie ze mną. Ściągamy rowery z dachu samochodu i ruszamy w drogę. Nie przygotowujemy już kanapek, tylko zabieramy po kilka batonów energetycznych, które kupił dla nas Staszek. Kierujemy się na miejscowość Andorf. Tam się niespodziewanie  gubimy. Stanik jechał przede mną, pomiędzy nas wjechała ciężarówka, straciłem z nim kontakt wzrokowy   i pojechałem inną drogą przez miasto.

Kiedy wyjeżdżałem już z miasta i nie zobaczyłem Stanika, zawróciłem. Skupiłem się na mapie i spostrzegłem,  gdzie zrobiłem błąd. Poszukałem właściwej drogi.  Trzeba było zawrócić kilkaset metrów.  Kiedy już wjechałem na właściwy szlak,  dostrzegłem wracającego z naprzeciwka Stanika. Postanowiliśmy, że podczas przejazdów przez większe miasteczka, gdzie jest możliwość popełnienia błędu w dużym ruchu, musimy jechać jak najbliżej siebie.

Przejeżdżamy przez miejscowości Eggerding, Antiesenhofen, docieramy do Obernberg am Inn. Tam wjeżdżamy na trasę rowerową Tauernradweg, która powinna zaprowadzić nas aż do samego Zell am See. Szutrowa droga prowadzi wałem na samą rzeką Inn. Przekraczając dopływ rzeki Inn, gubimy szlak rowerowy i jedziemy dalej szosą. Ruch samochodowy nie jest duży i dojeżdżamy do miasteczka Muhlhaim am Inn, gdzie spotykamy Staszka.

W  Muhlhaim am Inn robimy odpoczynek, pijemy piwko.  Umawiamy się ze Stasiem na obiad w którejś z miejscowości za dużym miastem Braunau am Inn. Po drodze zaliczamy widok na połączenie rzek Inn i Salzach. Obie rzeki są rzekami granicznymi Austrii i Niemiec.

Przejeżdżając przez Braunau wstępujemy do informacji turystycznej i zaopatrujemy się w bezpłatne mapki terenów nad rzeką Inn, Salzburga i dalej aż do Zell am See. Telefonicznie umawiamy się ze Staszkiem na obiad, który przygotujemy sobie sami w miejscowości Ranshofen. Chwilę szukamy się ze Stasiem, ale w końcu na trawniku obok dużego zespołu zabytkowego przygotowujemy posiłek.

Na stromym wzgórzu stoi tu kościół, obok duży pałac i chyba jakiś klasztor. Na wieży kościoła widzimy pracujących robotników, oceniamy, że jest to praca bardzo niebezpieczna, zwłaszcza przy upale potęgującym zmęczenie.

My gotujemy ziemniaki, podgrzewamy gulasz ze słoików i robimy sałatkę z pomidorów. Pijemy jeszcze piwo kupione przez Staszka, specjalnie dla mnie kupił pyszne piwo pszeniczne Weiss Bier. Po obiedzie Stanik ładuje rower na Rovera, a ja sam jadę dalej. Szeroka droga prowadzi lasem i czuję, że stale zjeżdżam w dół.

Ruch samochodowy staje się  dość duży, gdyż w pobliżu jest duże miasto graniczne Niemiec , Burghausen. W Burghausen jest jeden z największych zamków Europy, stare miasto i wiele zabytków. Mimo jednak dużego ruchu jadę bardzo bezpiecznie, jest nawet specjalny pas ruchu dla rowerów.

Po drodze spotykam znaki różnych szlaków rowerowych, jest również zgubiony przez nas Tauernradweg. Opuszczam jednak ten szlak bo jestem umówiony ze Stanikami na nocleg w miejscowości Franking.

Przez miejscowości Lindach i Mitterndorf  dojeżdżam do lasu Weilhartforst, tam szeroką szutrową drogą , pięknym lasem, dojeżdżam do Franking. Nad zalewem jest camping.  Kiedy przyjeżdżam namiot już jest rozbity, idę więc się umyć i przygotowujemy kolację. Wypijamy kilka butelek wina, po których ja śpię jak niemowlak. Przejechałem dzisiaj 111 km.

Po raz ostatni jechał dzisiaj ze mną Stanik. Teraz będą już góry i Stanik trochę się obawia o swoje serduszko.

Dzień 9. Trasa: Franking – Lamprechtshausen  -  Arnsdorf - Oberndorf bei Salzburg - szlak rowerowy Tauernradweg – Salzburg – Hallein – Kuchl - Golling an der Salzach - Pass Lueg – Pfarrwerfen. Dystans 98 km

Rano wstajemy około ósmej, robimy śniadanie.  Jajecznica z dziesięciu jaj, kiełbasa, cebula, chleb kupiony już w Austrii, ale  do niego smalec wytopiony w Polsce. Przygotowanie picia na drogę.

Kończy mi się trzecia, ostatnia puszka Isostaru. Trzeba będzie kupić w jakimś sklepie sportowym.  Próbowaliśmy wczoraj w mieście Andorf, ale były tylko jakieś inne proszki, a ponieważ według mnie   najlepszy  izotonik  to  Isostar, więc niczego nie kupiliśmy. Staszek już wcześniej szukał Isostaru, ale ani w Czechach, ani w Austrii go nie znalazł. Trudno , jeżeli do końca zużyję Isostar, a nie znajdę go w żadnym sklepie, zastosuję inny izotonik.

Wyjeżdżam z kampingu w stronę widocznych już wysokich gór. Szlak prowadzi mnie po mało uczęszczanych drogach, aż do miejscowości Lamprechtshausen.  Tam spotykam się z bardzo ruchliwą drogą Salzburger Strasse, ale jeszcze przez kilka kilometrów jest obok drogi pas dla rowerów i pieszych.  Kończy  się on w miejscowości Arnsdorf  i muszę dalej jechać bocznymi drogami, przez małe osiedla.  Obym nie pobłądził.

Na szczęście widzę szczyt górujący nad miastem Salzburg, z charakterystyczną wieżą,  której kształt znam z widokówek Salzburga. Spotykam też znaki szlaków rowerowych, ale nie bardzo potrafię się zorientować w terenie, gdyż zaczęło padać i nie chcę co chwilę wyciągać mapy.  Już i tak dosyć zniszczonej, a co dopiero w deszczu.

I tak jadąc raz w prawo, raz w lewo, przez pola ,małe osiedla, kierując się na obrany punkt, docieram do miasta Oberndorf bei Salzburg. Najpierw lekko padało, ale kiedy wjechałem do miasta lało już jak z cebra. Na chwilę przystanąłem pod bramą jakiegoś budynku żeby przeczekać ulewę. W końcu deszcz ustał i ruszyłem w dalszą drogę.

Teraz stanowczo zacząłem szukać szlaku rowerowego, powinien przecież przez to miasto przebiegać właśnie potrzebny mi szlak rowerowy Tauernradweg. Odnajduję go wreszcie, okazuje się, że przebiega on blisko rzeki Salzach i bardzo często wzdłuż linii kolejowej.  Przejeżdżam pod torami, czasem przez tory, i jadę raz z lewej, raz z prawej strony torów.  Tak docieram do Salzburga.

Przez   Salzburg prowadzi kilka szlaków rowerowych.  Bardzo często jest ich kilka równolegle, ale ja koncentruję się na szlaku Tauernradweg  i jadę cały czas wzdłuż rzeki. Szlak ten jest bardzo popularny i kręci się po nim mnóstwo kolarzy. Kontaktuję się z kolegami i umawiamy się na odpoczynek i pobieżne zwiedzenie miasta. Spotykamy się na jednym z mostów.

Znowu świeci słońce i zdążyłem już wyschnąć. Prowadząc rower spacerujemy po wąskich uliczkach miasta, między kolorowymi, zabytkowymi kamienicami widzę potężną twierdzę na wysokich skałach. Oglądamy dom Mozarta w Sazlburgu, ratusz i  z daleka zamek na skale. Pijemy piwko i ruszam w dalszą drogę.

Wyjeżdżam z Salzburga i nadal szlakiem nad rzeką jadę w kierunku widocznych coraz wyższych gór. Do miasta Hallein szlak prowadzi tak , że rzekę mam stale po prawej ręce, ale przejeżdżając przez miasto zmieniam brzeg i jadę dalej mając już rzekę z lewej strony. Znaki nie są jednoznaczne, po czasie orientuje się, że szlak rowerowy szlak rowerowy Tauernradweg to nie jest jedna droga, ale ma warianty.

Można jechać lewym brzegiem lub prawym, są odgałęzienia, a żeby dotrzeć do wybranego miejsca trzeba dobrze orientować się z mapą. Po opuszczeniu Hallein znalazłem się w miejscu, którego nie potrafiłem akurat skojarzyć z mapą. Zatrzymałem się i poszukałem pomocy GPS-a. Potwierdził mi na szczęście prawidłowość kierunku mojej jazdy.

Dojeckałem do miejscowości Kuchl. Pogoda się zmieniła, zachmurzyło się i obawiam się, że może będzie znowu padać. Znajduję przyjemny placyk obok stacji kolejowej, są tam drewniane ławy i stoły, można przygotować posiłek . Dzwonię do Staników i po chwili podjeżdża na plac Rover.

Przygotowujemy posiłek, pijemy tradycyjne piwko.  Ze względu na pogodę Staszek proponuje mi na dzisiaj dalszą drogę samochodem, jutro oferuje wrócić ze mną w to samo miejsce.  Ale deszczyk to dla mnie nic strasznego i stanowczo upieram się przy jeździe rowerem.

Odnajduję ciąg dalszy szlaku rowerowego, który cały czas prowadzi  wzdłuż torów kolejowych, raz bliżej rzeki, raz dalej od jej brzegu. Za miejscowością Golling an der Salzach szlak rowerowy wprowadza mnie na drogę ... dla samochodów. Ruch jest jednak  bardzo mały, bo alternatywą dla samochodów jest tu  autostrada Tauern-Autobahn. Moja droga to Salzachtal Bundesstrasse.

Podjeżdżam do miejsca nazwanego Pass Lueg, jest tam tunel i objazd tunelu dla kolarzy.   Decyduję się na przejazd tunelem. Tunel jest bardzo krótki, około dwieście metrów, a objazd nie. Podejmuję ryzyko  i swobodnie go przejeżdżam, na szczęście nie wyprzedza mnie wtedy żaden samochód.

To co zobaczyłem po wyjechaniu z tunelu zapamiętam na zawsze. Sceneria jak z filmu grozy, to był obłęd. W dole spieniona, ściśnięta w wąskim korycie rzeka.  Kilka metrów nad rzeką pas torów kolejowych, dwa metry wyżej barierki i moja droga. Wszystko razem to był pas szerokości około pięćdziesiąt metrów, wciśnięty pomiędzy skalne ściany głębokiego kanionu.

Nad moją głową wznosiły się  tysiącmetrowej wysokości skalne ściany, nad nimi stalowe, pochmurne niebo. Obok głośno huczała rzeka przebijająca się kaskadami przez kanion. Jechałem tym kanionem kilka kilometrów, deszcz padał coraz mocniej. Nagle skalne ściany się rozstąpiły. Pomiędzy nimi ujrzałem górę, na szczycie której stał piękny zamek - Schloss Hohenwerfen.

W oddali, za zamkiem, widać było  alpejskie szczyty . To właśnie w tym zamku kręcone były sceny znanego filmu ,,Tylko dla orłów’’. Wyjechałem z kanionu, droga była dość ruchliwa, ale na całej długości był pas dla rowerów. Skontaktowałem się z kolegami i dowiedziałem się, że już mamy załatwiony nocleg na campingu za miastem Pfarrwerfen.

Dojechałem na miejsce postoju w silnym deszczu, ale na szczęście w dużym i wygodnym pawilonie były suszarki. Szybko pod prysznic i zmiana ubrań. Przygotowaliśmy sobie posiłek, a  po kolacji tradycyjnie jakieś winko.  Podzieliliśmy się też wrażeniami z całego dnia.  Znowu spałem jak dziecko. Dzisiejszy dystans to 98 km.

Dzień 10. Trasa: Pfarrwerfen - Bischofshofen -  St. Johann im Pongau -Schwarzach im Pongau  - (widok na Steinernen Meer) – Lend – piesze obejście lawiniska przez Emabach z powrotem do Lend – Taxenbach - Bruck an der Grosglocknerstrase . Dystans: 68 km

Rano przez chmury nieśmiało zajrzało Słońce.  Wystawiłem swoje rzeczy na zewnątrz i czekałem aż się wysuszą. Buty, w których do tej pory jeździłem,  jednak nie wyschły.  Były to buty szosowe, teraz założyłem buty mtb Sidi.  Jak się za parę godzin  okazało, było to bardzo trafne posunięcie.

Po śniadaniu i przygotowaniu napojów z resztek Isostaru, wyjechałem na ostatni odcinek dojazdowy. Do miejscowości Bruck an der Grossglocknerstrase zostało mi około 70 km. Dwa bidony Izostaru i  dwa batony -  to wszystko  musiało mi wystarczyć na dzisiejszy odcinek.

Tak wjechałem w jeden z najbardziej atrakcyjnych  widokowo regionów Austrii. Na początku Bischofshofen, legendarne miasto naznaczone zwycięstwami Adama Małysza. Potem kurort St. Johann im Pongau. Wszędzie ogromny ruch samochodowy i ja,  samotny jeździec na rowerze.

W Bischofshofen zrobiłem błąd i wjechałem na Pinzgauer- Bundesstrase, drogę o bardzo dużym natężeniu ruchu, ale szybko się wycofałem.  Pomyślałem, że najlepiej będzie poszukać rzeki, tam będzie  prawdopodobnie  szlak rowerowy. Udało się i dalej jechałem bezpiecznie szlakiem rowerowym, który  miał    mnie zaprowadzić aż do Bruck.

Jadąc nad rzeką, raz lewym raz prawym brzegiem, co jakiś czas zauważałem zapory. Tworzyły one małe zalewy, woda przelewała się przez uchylone śluzy.  Na trasie było tych kaskad kilka, służyły pewnie do regulacji rzeki Salzach.

Po wyjeździe z St Johann  natrafiłem na znaki prowadzące do Liechtensteinklamm. Nie zwiedziłem tego miejsca, ale później dowiedziałem się, jak wielki zrobiłem błąd.  Liechtensteinklamm to wspaniały twór natury, rzeka Grosarlbach wycięła tu w skałach głęboki na ok. 300m i bardzo ciasny wąwóz, długi na prawie 4 km. Przez Liechtensteinklamm poprowadzono szlak turystyczny.  Oglądałem potem zdjęcia z tego miejsca, musi tam być niesamowicie.

W miejscowości Schwarzach im Pongau  szlak odsunął się od rzeki.  Opuściłem wygodną dolinę,   zaczęły się podjazdy. Początek podjazdu i po raz pierwszy jazda na  małej tarczy, chyba 18 % pochylenia terenu. Po kilkuset metrach na szczęście się wygładziło. Droga wyprowadziła mnie na płaski fragment stoku góry, tam zobaczyłem ogromną betonową „wannę”, do której z różnych stron wpadały potoki.

Zbiornik miał długość około trzysta metrów i szerokość około sto metrów, głęboki był na jakieś trzydzieści, czterdzieści metrów. Prawdopodobnie był to zbiornik elektrowni wodnej, takiej jaka jest na naszej górze Żar. Teraz zaczęły się zjazdy.  

Przystanąłem w jednym miejscu zauroczony wspaniałym widokiem. W perspektywie doliny alpejskiej ukazał się mur skalnych ścian, to Steinernen Meer.  Widok naprawdę przepiękny.

Zjeżdżam dalej wąskimi asfaltami do miejscowości Lend. Przecinam ruchliwą Pinzgauer-Bundesstrase i  dojeżdżam do rzeki. Na rozwidleniu stoi grupka kolarzy, jadą w przeciwnym kierunku pytają się mnie o coś.  Próbuję im powiedzieć, że droga, którą przed chwilą przecinałem, zupełnie nie nadaje się do jazdy rowerem. Nie wiem czy mnie zrozumieli.  Pojechałem wzdłuż rzeki.

Już po chwili zatrzymała mnie barierka ze znakiem, że droga jest zamknięta. Pomyślałem sobie „ co, rowerem nie przejadę?”. Po chwili wiedziałem już dlaczego była tam  ta barierka i dlaczego kolarze zawracali.

Wielka kamienna lawina oberwała się, spadła na drogę, zasypując ją na wysokość kilkunastu metrów. Patrzyłem wokół i szukałem miejsca którędy mógłbym przenieść rower, ale niczego  takiego nie było. Trzeba było zawrócić.

Objechanie zasypanego odcinka nie było wcale takie proste. Nad moją głową, na wysokich filarach, przebiegała ruchliwa Bundsstrase. Oba końce drogi oparte były na zboczach dolinki wcinającej się w wysoką górę. Jedno z tych podparć właśnie uległo naderwaniu, prawdopodobnie drgania wywołane dużym ruchem samochodowym naruszyły skałę i fragment zbocza zerwał się.

Aby obejść przeszkodę musiałem wejść na jedną stronę dolinki, tak wysoko, żeby przejść nad górnym jej fragmentem i dostać się na drugie zbocze. Zawróciłem i szukałem drogi która przeprowadziłaby mnie przez przeszkodę. Jest droga. Wąska asfaltowa droga prowadziła stokiem bardzo stromo.

Jechałem po 20% nachylonej drodze, po kilkuset metrach asfalt się jednak skończył a ja, chcąc nie chcąc,  zszedłem z roweru. Po raz pierwszy w tej wyprawie musiałem kontynuować trasę z buta. Tu okazało się, jak trafne było założenie moich Sidi. Po około pół godzinnym marszu wyszedłem na polanę, gdzie pasły się owce i krowy. Stało kilka kolorowych domów.  Obok jednego z nich siedział mężczyzna i palił fajkę.

Podszedłem do ogrodzenia i próbowałem się dopytać o dalszą drogę. Widać było, że nie byłem pierwszym, który chciał przedostać się przez zator. Pokiwał głową i pokazał ręką wężowym ruchem w górę polany mówiąc ,,aine sztunde’’(„eine Stunde” – jedna godzina – przyp. redakcji). Na początku nawet  dało się jechać, poza tym trochę wstyd było pchać rower. Ale i tak po kilkudziesięciu metrach trzeba było zejść  i znowu  iść z buta.

Wchodziłem coraz wyżej i otwierały się coraz piękniejsze widoki. Po około pół godzinie dotarłem do wąskiej asfaltowej drogi. Stało tam oznakowanie – Embach. Zorientowałem się według mapy gdzie jestem i zacząłem zjeżdżać. Pięknymi serpentynami dostałem się z powrotem do Lend, ale już za miejscem oberwania skał.

Prawie dwie godziny trwała przeprawa przez Lend. Teraz już bezpiecznie, szlakiem rowerowym nad rzeką, przez Taxenbach.  Tu znowu spotykam znaki prowadzące do Kitzloch- Klamm, które  naprawdę  warto zobaczyć.

Jadąc wciąż wzdłuż rzeki  docieram wreszcie do Bruck an der Grosglocknerstrase. Zatrzymałem się tu przy dworcu kolejowym i połączyłem się telefonicznie ze Stanikami. Już wcześniej mżył deszczyk, ale teraz rozpadało się mocniej. Dowiedziałem się, którędy mam dojechać na camping i w dość krótkim czasie dotarłem na to miejsce.

Kamping Euro-camp to już  wysoki standard, basen obok naszego namiotu, bezpłatne prysznice, sale gier, za nasypem kolejowym śliczny zalew z placem zabaw, pomostami i plażą. Przestaje padać, wystawiam na Słońce zamoknięty aparat fotograficzny, rozwieszam swoje rzeczy, na sznurkach rozciągniętych między drzewami. Przebieram się i samochodem jedziemy do centrum handlowego.

Dzisiaj Stanik funduje obiad, pierś indyka upieczoną z serem, do tego frytki i piwo. Idziemy do marketu kupić jedzenie na zapas.  Stasiu wreszcie znajduje Isostar, a ja oglądam sobie rowery. Nie ma tu żadnej rewelacji, zwyczajne średniej klasy Authory i Kellysy.

Chcemy dokonać samochodem  rekonesansu  fragmentu mojej trasy finałowej.  Przez Fusch an der Grosglocknerstrase, coraz bardziej stromą, ale wygodną szeroką drogą dojeżdżamy do bramek i kas. Wjazd na Hochalpenstrase jest płatny dla samochodów i motocyklistów. Dla rowerzystów jest  bezpłatny, ale możliwy tylko do godziny dziewiątej rano. Kasy znajdują się  na wysokości 1150 m npm. Od Fusch przez cztery kilometry nachylenie drogi waha się między 10 a 14%.

 Stanik chciał pierwotnie również podjeżdżać rowerem na Edelweisspitze, ale ostatecznie zrezygnował. Przełożenia jego roweru były zbyt „twarde” i dla mnie, więc pojutrze samotnie będę walczył z podjazdem. Wracamy do namiotu, kręcimy się po campingu, gram ze Stanikiem w bilard. Po kolacji   kładziemy się spać. Dzisiejszy dystans, razem z moją „pieszą wędrówką”, to 68 km.

Dzień 11. Jednodniowy odpoczynek. Trasa: Bruck an der Grosglocknerstrase – Fush – bramki wjazdowe na Hochalpenstrase - wycieczka do Zell am See

Nazajutrz wstajemy około ósmej i  od razu robimy śniadanie. Ja mam dzisiaj za zadanie jedynie dojechać do kas i wrócić, bo Stasiu obawia się, że mogę raczej nie zdążyć dojechać po bilet do godziny dziewiątej.

Spokojnie wyjeżdżam więc dopiero koło dziesiątej, zabieram tylko jeden bidon i dwa batony. Droga prowadzi obok kolorowych domków, początkowo prawie płasko aż do Fusch. Mija mnie sporo motocyklistów, jest to dla nich bardzo atrakcyjny przejazd. Zaraz za Fusch droga staje dęba, 14%, kilkaset metrów takiego nachylenia a potem stale 10 i 12%. Po godzinie od wyjazdu z campingu jestem przy kasach.

Siadam  sobie i obserwuję ruch, jest prawie południe i jest naprawdę intensywny.  Głównie motocykle, ale i dużo samochodów osobowych, jak i sporo autobusów. Rowerzystów widzę tylko zjeżdżających, do góry już kolarzy się nie wpuszcza.

Dzwonię do kolegów, że za pół godziny będę na campingu, zjeżdżam, prędkość dochodzi do 60 km/h, ciągle lekko zaciskam klamki, z podjazdu pamiętam miejsce, gdzie ze skalnej ściany spływała woda, tam zwalniam do 30-40 km/h. Dojeżdżam do campingu , czuję się świetnie, czas na relaks.

Obok namiotu na drewnianej ławie przygotowujemy sobie obiad, smażymy kotlety, ja robię surówkę z kapusty pekińskiej, papryki czerwonej i żółtej, ogórka i pomidorów. Gotujemy ziemniaki i wcinamy. Po obiedzie jedziemy samochodem do Zell am See. Ładne miasto, piękne jezioro, życzliwi i spokojni ludzie.

Na zatłoczonych wąskich uliczkach często dochodzi do kolizyjnych sytuacji, ale spotykamy się z cierpliwością i tolerancją.  Żadnych zbędnych słów, gestów  - wzajemnie sobie wybaczamy błędy, uśmiechy i przeprosiny.  W głębi duszy  podejrzewam, że to może być za sprawą niemieckich tablic naszego Rovera.  Chcę jednak  wierzyć,  że nie tylko to jest powodem okazywanej nam uprzejmości.

Robimy postój. Pijemy piwko i delektujemy się pysznymi lodami. Po powrocie relaks, ja idę boso i w samych spodenkach kolarskich nad zalew, kryształowa woda zaprasza. Pod powierzchnią wody widać wodorosty.  Obchodzę wokół jeziorko, szukam czystego miejsca i proszę, jest takie obok drewnianego pomostu.  

Wchodzę po drabince do wody i pływam jakieś 10 minut. Czuję się bardzo świeżo, wracam do namiotu, przebieram się, przygotowujemy sobie kolację. Obok spacerują sympatyczne kobiety, przyjechały tu na wesele. Zbliża się wieczór, widzimy w restauracji, obok Sali Gier, bawiących się weselników. Wracamy do namiotu, ja i Stanik kładziemy się do spania, a Puszek mówi, że idzie pooglądać wesele.

Planujemy, że jutro rano samochodem podjadę do kas  i rozpocznę przejazd. Staniki wrócą, poskładają namiot i rzeczy i dopiero wtedy pojadą za mną.

Dzień 12. Przejazd Grossglockner-Hochalpenstrase - wjazd rowerem na Fuscher Torl ( 2428 m npm) i Edelweisspitze (2577m npm - przełęcz  Hochtor - wjazd rowerem na platforę widokową nad lodowcem Pasterze – miasteczko Heiligenblut

Rano Staszek budzi nas już o piątej. Wychodzę z namiotu, szaro, chłodno, mglisto. Nowa decyzja, pakujemy się całkowicie i wszyscy razem ruszamy w stronę Grossglocknera.

Pakujemy wszystkie klamoty do auta, a rowery na dach. Śniadanie jest tylko dla mnie. Po chwili  wyjeżdżamy. Mgła znika już po kilku kilometrach.  Podjeżdżamy pustą doliną do bramek, tam widać już kilka samochodów, motocykli, widzimy również startujących akurat trzech kolarzy. Czujemy zapach rozgrzanego silnika i sprzęgła Rovera, miał co targać przez tych kilka stromych kilometrów.

Przebieram się.  Zabieram tylko jeden tylko pełny bidon, do kieszeni kilka batonów i dwa żele. Biorę lekką wiatrówkę, a pod koszulkę kolarską zakładam termiczną bieliznę z długim rękawem -  nie jest dzisiaj za ciepło.  Na głowę czapkę przeciw Słońcu, kask zostaje w samochodzie, i tak rozpoczyna się mój wielki finał kolarskiej wycieczki.

Wjazd rowerem na Fuscher Torl

Nie wiem jeszcze nic o czekających mnie trudnościach, ale spodziewam się, że nie będzie łatwo. Podchodzę do barierki, przepuszcza mnie, teraz jest automat pomiaru czasu, wrzucam dwa euro i otrzymuję bilet z wydrukowanym czasem startu. Pierwsze metry są po płaskim, ale mimo to jadę ze środkowej tarczy,32 zęby, i spokojnie się rozkręcam.

Po małej chwili droga staje dęba, nadal 32 zęby, ale redukuję na tylnej zębatce.  Nachylenie jest duże, około 12 do 14 %, droga nie popuszcza, a ja tak. Redukuję na małą tarczę 22z i tak już będzie chyba do końca. Jak tylko nachylenie podjazdu pozwala zrzucam o jedną lub dwie koronki, lub redukuję , na razie nie korzystam z dwóch największych.

Po kilkunastu minutach dochodzę do pary kolarzy. Mężczyzna jedzie na góralu, a kobieta na wyścigówce, przypuszczam, że zamienili się rowerami. Mijam ich, słyszę ciężki oddech mężczyzny. Serpentyny ukazują wspaniałe widoki na dolinę i przeciwległe szczyty. Mgła ustąpiła całkowicie, ale Słońce jeszcze za chmurami i nie grzeje zbyt mocno, natomiast ja grzeję się coraz bardziej.

Na przełęczach leżą łaty brudnego śniegu, z moren opadają w kaskadach potoki, zieleń hal jest porażająca. Po około pół godzinie jazdy dostrzegłem trójkę kolarzy na góralach, systematycznie zbliżałem się do nich, mijając ich wciągnąłem łańcuch na środkową tarczę i wyprzedziłem ich na stojąco. Kątem oka  dostrzegłem uznanie na ich twarzach, byli ode mnie dużo młodsi.  

Po uzyskaniu około stu metrów przewagi „spuchłem”. Znowu wracam na małą tarczkę i na siodełko. Tak trzymam przez kilkanaście minut. Zatrzymałem się na posiłek na jednej z platform widokowych, zjadłem dwa batony musli, popiłem parę łyków, w międzyczasie trójka kolarzy mnie minęła. Po chwili ruszyłem dalej.

Długo widziałem przed sobą „rywali”, w końcu doszedłem ich i wyprzedziłem, teraz oni zatrzymali się na posiłek, a ja z nowymi siłami odjechałem. Było to akurat miejsce gdzie było kilka serpentyn i przez pewien czas było ich wdać. Widziałem, jak starali się mnie dogonić, zwłaszcza jeden z nich oderwał się i starał się samotnie dojść do mnie.  

Kilkanaście minut trzymał dystans, ale w końcu zrezygnował i dalej już całkiem samotnie walczyłem z podjazdem. Widoki otwierały się coraz śmielsze, czym wyżej wjeżdżałem, coraz więcej było gołych skał a mniej zieleni, krajobraz był coraz surowszy.

Po około półtorej godzinie podjeżdżania zatrzymuję się na drugi posiłek. Z miejsca przystanku widzę ostatni fragment podjazdu i wieżyczkę kapliczki poświęconej budowniczym drogi. Od startu mijają dwie godziny, kiedy docieram do Fuscher Torl  (2428 m npm).

Na dystansie zaledwie trzynastu km pokonałem 1283 m różnicy poziomów. Wchodzę do kapliczki, na marmurowej tablicy kilkadziesiąt nazwisk.  Chwilę stoję w milczeniu, praca tych ludzi była gigantyczna.

Dopiero po wyjściu z kapliczki dostrzegłem górny punkt pomiaru czasu.  Szybko wsunąłem bilet otrzymany na starcie, wyskoczył mi następny kartonik z datą i czasem przejazdu. Ale czas zapisany na kartoniku to dwie godziny i dwie minuty, a przecież gdybym skasował bilet od razu po przyjeździe na Fuscher Torl, byłby o około dziesięć minut lepszy. Trudno.

Podjeżdża dwóch kolarzy i proszą  mnie żebym  im zrobił zdjęcia. Chwilę potem podjeżdża młody chłopak na kolarzówce i pyta się mnie o kartonik z czasem podjazdu, pokazuję mu mój wynik i chłopak kiwa z uznaniem. Mówi krótkie ,,gut” i pokazuje na moje siwe włosy.

Wjazd rowerem na Edelweisspitze

Czas na połączenie z kolegami , są już na szczycie Edelweisspitze. Mówią mi przez telefon, że mnie widzą i machają do mnie, ale moje zalane potem oczy nic nie widzą oprócz następnych serpentyn na szczyt. Trzeba od kapliczki kawałek zawrócić, zjeżdżam kilkaset metrów i zaczynam podjazd pod najwyższy punkt dzisiejszej trasy.

Z wysokości około 2400m npm muszę wjechać na 2577m npm. Bardzo wąska i stroma, brukowa droga. Do góry mogą podjeżdżać tylko mniejsze pojazdy. Dla  autobusów jest zakaz, tak ciasne są serpentyny, że autobus nie zmieściłby się w zakręcie. Nachylenie drogi dochodzi do 14 %.

Pnę się do góry. Bruk jest tak ułożony, że wygląda jak malutkie schodki, a patrząc z góry widać krawędzie kostek.  Zwiększa to przyczepność, zwłaszcza podczas zjazdu. Po drodze wyprzedza mnie kilka motocykli, pięknie prezentują się w ciasnych skrętach serpentyn.

Podjazd na wyższy szczyt Edelweisspitze (2577m npm)  z  sąsiedniego Fuscher Torl (różnica poziomów ok. 150 m)  trwa zaledwie kilkanaście minut. Wjeżdżam na taras widokowy i widzę Staszka, podbiega do mnie i oblewa mnie pachnącym szampanem.  Jesteśmy teraz najbliżej nieba. Pijemy po łyku szampana, sesja zdjęciowa, gratulacje od kolegów, podziwianie wspaniałej panoramy, dookoła majestatyczne szczyty Wysokich Taurów.

Po kilkunastu minutach Rover rusza,  ja pojadę za nim. Ubieram lekką wiatrówkę, kask i ruszam w dół drogą o nachyleniu prawie 14 %.  I od razu,  chyba z ekscytacji,  popełniam poważny i bardzo niebezpieczny błąd. Na początku zjazdu z Edelweisspitze zbytnio się rozpędziłem i już pierwsza serpentyna o mało nie okazała się moją ostatnią. Podczas podjazdu widziałem te wszystkie ciasne skręty serpentyn, a mimo to zachowałem się teraz jak zupełny nowicjusz.

Gdy zacząłem wchodzić w ten pierwszy zjazdowy zakręt, przy prędkości ponad 30km/h, w to samo miejsce wjeżdżał z dołu samochód. Dla mnie nie zostało praktycznie nic miejsca, musiałem więc gwałtownie hamować. 

O mało co nie przeleciałem przez kierownicę, ale  odruchowo podparłem się ręką na granitowym słupku i jakoś udało się utrzymać rower i siebie.   Ciężko przestraszony  dalej zjeżdżałem tym brukowanym odcinkiem   powoli i ostrożnie. Potem trochę do góry i jeszcze raz jestem na Fuscher Torl.

Wjazd rowerem na przełęcz Hochtor

Zatrzymujemy się na posiłek, kawa, batony, ja napełniam na nowo pusty bidon i umawiamy się na spotkanie na przełęczy Hochtor. Na początku szybki po kilu serpentynach zjazd do około 2280m npm, potem długi podjazd na 2504mnpm, dystans przejechany to niecałe sześć km. Po drodze dwa ciemne i wilgotne tunele, z drugiego wyjeżdżam i jestem na przełęczy Hochtor.

Pierwsze co poczułem, to że nagle zrobiło się cieplej.  Spojrzałem w dół doliny i zobaczyłem piękne zielone zbocza, a przecież po tamtej stronie tunelu były tylko skały i ledwo mchy, bardzo księżycowy krajobraz, surowy i chłodny. Po tej stronie tunelu, w słońcu, jest jasny, żywy i ciepły. Teraz dopiero spotkałem kolarzy jadących w przeciwną stronę.

Staszek chce zakończyć moje „rowerowanie” i samochodem w trójkę podjechać do Franz Josefs Hohe, ale sprzeciwiam się stanowczo.  Za mało mi jeszcze jazdy  i umawiamy się na platformie widokowej nad lodowcem Pasterze. Znowu napełniam bidon, w kieszonkach mam jeszcze nie zjedzone batony, i ruszam do zjazdu.

Teraz zaczynają się dopiero wspaniałe, dynamiczne zjazdy.  Ruszam przed Roverem, jedzie jeszcze kilka samochodów za mną, a ja jadę z szybkością do 60 km/h.  Tylko kilka motocykli mnie wyprzedziło, na odcinkach prostych samochody mi trochę odjeżdżały, ale przy wejściu w serpentyny doganiałem je i tak równo z samochodami zjechałem do poziomu 1859m npm. Dopiero  tam znowu zaczął się podjazd.

Podczas całego tego zjazdu jechał  za mną samochód z tablicami szwajcarskimi.  Gdy zacząłem podjazd samochód wyprzedza mnie, a z otwartego okna wychyla się pasażerka i z uśmiechem pokazuje gest uznania. Pozdrawiam ją dłonią i na chwilę zatrzymuję się, żeby zdjąć wiatrówkę. Będzie mi teraz bardzo ciepło.

Dojeżdżają do mnie Staniki , oddaję im kask i w czapce, z wiatrówką w kieszeni, zaczynam ostatni podjazd. Przed sobą mam sześćset metrów przewyższenia i około osiem kilometrów dystansu. Początkowo piękny, szeroki asfalt prowadzi między pięknymi łąkami i lasami, nachylenie drogi średnio około 10-12%.

Po chwili zaczyna mi się wydawać, że jest o wiele bardziej stromo niż przy pierwszym  podjeździe, ale to na pewno już daje znać zmęczenie. Przełożenia używane przeze mnie są już maksymalnie miękkie, została mi już tylko jedna redukcja. Jedzie tutaj sporo samochodów i motocykli, ruch jest dużo większy niż rano, ale to pora dnia jest na pewno tego przyczyną.

Pogoda jest doskonałą.  Jest ciepło, słonecznie i piękna trasa skusiła wielu motocyklistów i automobilistów do odwiedzenia Parku Narodowego Wysokie Taury. Dużo więcej teraz piję i szybko kończy się mój Isostar. Robię sobie częstsze krótkie postoje, zjadam  wszystkie pozostałe mi batony. Dojeżdżam do dużego parkingu przed końcem podjazdu.

Widzę stąd praktycznie całą końcówkę podjazdu, biegnie po kilku serpentynach i chowa się w tunelu wykutym w skalnej ścianie, który jest jednak z jednej strony otwarty, zabezpieczony barierką i dachem na słupach.

Tunelem do Heiligenblut

Tunel ten jest długi prawie na kilometr i bardzo stromy, sądzę, że nachylenie momentami przekracza 14%, a na dodatek jest wąski i bardzo nieprzyjemnie odczuwam wyprzedzanie, zwłaszcza przez autobusy. Silniki pojazdów robią w tunelu taki huk, że zaczynam odczuwać bóle głowy.

Robię sobie na tym ostatnim odcinku kilka postojów i wreszcie wyjeżdżam z tunelu na platformę końcową.  Pełno tu ludzi, motocykli, samochodów, a ja czuję, że wjechałem tutaj na resztkach sił. Telefon do przyjaciół i umawiamy się na piętrze parkingu.

Wnoszę rower i czekam na Staników. Po chwili są i przygotowujemy posiłek, chleb z mielonką i dużo słodkiej kawy. Opieram się o barierkę i podziwiam lodowiec. Kiedy jem kanapki podlatują do barierki duże gawrony,  podchodzą bardzo blisko, tak że biorą chleb z ręki. Po posiłku rower idzie na dach,  a my idziemy zwiedzić muzeum.

Oglądamy stare samochody i motocykle, niektóre konstrukcje są wręcz śmieszne, aż dziw że to mogło w ogóle jeździć. Są tam makiety i symulacje gór i lodowca.  Okazuje się, że lodowiec teraz jest o kilkaset metrów niższy,  niż nawet kilkadziesiąt lat temu.  Topienie się lodu postępuje coraz szybciej, a prognozy na przyszłość są niekorzystne. Jedną z najciekawszych rzeczy, o których się dowiaduję, jest to, że istnieje tu pieszy szlak do jedynego w Europie tzw.  piaszczystego biotopu.

 Pogoda zaczyna się zmieniać i trzeba zjechać do cieplejszych miejsc. Ubieram cieplejszą wiatrówkę i zaczynam zjazd. Ostrożnie przejeżdżam przez tunel a potem, wspaniałymi serpentynami, zjeżdżam do miejscowości Heiligenblut. Obniżam się o ponad tysiąc metrów, takiego zjazdu jeszcze nie jechałem.

 Na kolejnych serpentynach otwierają się przede mną wspaniałe widoki na zielone doliny i zielone stoki  zdobione czerwonymi dachami domów i wieżami kościołów. Po drodze jeszcze krótki podjazd i zatrzymujemy się na piwko w Heiligenblut.

 Podczas zjazdu góry zakryły się chmurami i jeden z najbardziej charakterystycznych widoków alpejskich, widok na wieżę kościoła na tle szczytu Grossglockner,  jest zepsuty. Zaczyna padać  więc szybko odnajdujemy camping i rozbijamy namiot. W mżawce przygotowujemy posiłek. Ściemnia się , po posiłku wypijamy winko i znów zasypiam jak dziecko.

Podsumowanie wyprawy rowerowej na Grossglockner  (Grossglockner-Hochalpenstrase)

Na tym kończy się mój rowerowy udział w całej wycieczce. Spróbuję  pobieżnie ją podsumować. Przejechałem w sumie 1004 km rowerem. W tym w ostatnim dniu  przejeżdżając Hochalpenstrasse   na dystansie około 60 km pokonałem około 2400 metrów przewyższenia.

Znakomicie sprawił się mój stary towarzysz, rower  Bianchi, na całej trasie miałem tylko jednego kapcia. Przejechanie całej trasy dało mi ogromną satysfakcję. Poznałem dwa piękne kraje, chociaż bardzo pobieżnie, ale i to przecież bardzo dużo.  Spotkałem po drodze wielu życzliwych ludzi, a kultura kierowców samochodów w Austrii przeszła moje wyobrażenie.

Oglądane widoki z nadwyżką rekompensowały wysiłek i pot wylany na podjazdach, a radości jaką dawały wspaniałe zjazdy nie da się po prostu opisać. Szkoda tylko, że taka przygoda nie może być udziałem wielu ludzi jeżdżących na rowerach, ograniczeniem są bowiem dosyć spore koszty. Nie każdy jest  też  zdolny do tak sporego wysiłku przy jeździe w trudnym terenie.

Jestem jednak przekonany, że zetknięcie się z fantastyczna przyrodą, z wielkimi atrakcjami turystycznymi, a zwłaszcza z kulturą osobistą spotykanych po drodze ludzi,  ubogaciłoby  i zmobilizowałoby wielu bardzo pozytywnie.  Ogromny wysiłek fizyczny związany z taką wyprawą działa oczyszczająco zarówno fizycznie jak i psychicznie.

Podziękowania

Przygodę tą mogłem przeżyć dzięki mojemu szkolnemu koledze Staszkowi, który był pomysłodawcą i finansował całą naszą wyprawę.  Dziękuję również drugiemu koledze z klasy, Stanikowi, za jego udział w tej eskapadzie. Wiele pomógł mi też właściciel sklepu rowerowego ACTIVA w Rudzie Śląskiej –Wirku.

Szczególnie i osobno dziękuję mojej rodzinie, a zwłaszcza żonie Halince  za jej stałe wsparcie.  Prawie codziennie rozmawiałem z Halinką przez telefon.

Dziękuję również wielu bezimiennym nieznajomym, którzy pomogli mi czasem odnaleźć drogę, czasem podarowali  życzliwy uśmiech lub pomogli  w znalezieniu noclegu, umożliwili napełnienie pustych bidonów podczas upału. I za wszystko to, czego już nawet nie pamiętam, a bez czego wyprawa ta straciła by wiele uroku.

P.S.

Rano  pozwijaliśmy wilgotny namiot i z rowerami na dachu Rovera pojechaliśmy jeszcze w stronę Tyrolu. Odwiedziliśmy po drodze Brunico, Innsbruck, Kitzbuhel, St. Johann in Tirol i Wiedeń. Po dwóch tygodniach wróciłem do domu.